Twoje, moje, jego, jej, nasze… spojrzenie, intymna więź, dotknięcie bez dotykania. One nigdy nie nauczą się kłamać, tylko zamknięte milczą. Ona i on, nie znają swoich imion, wieku, przeszłości. Spotykają się po coś, jak w spektaklu Mariny Abramovič, gdzie dyskomfort i doprowadzanie ciała do granic wytrzymałości uwalniają emocje. Siadają blisko a ich kolana prawie się dotykają. Przeznaczeni sobie tu i teraz. Wydaje się, że to proste patrzeć w oczy, być całym sobą w tej relacji. Milkną szepty, cisza otwiera swe ramiona, bez słów, bez gestów, uśmiechów. Czuję spokój i bezpieczeństwo, nagle ten stan przerywa brak powietrza a chaos ogarnia głowę i ciało, czas osacza bezlitośnie. Pytanie rodzi pytanie „Skąd przyszliśmy, Kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?”
Stoję na krawędzi sił i chcę uciec, co dalej, co robić? Może oddech, tak… oddycham głęboko i przyjmuję ten stan. Zanurzam się w nim i odnajduję wewnętrzne ukojenie, czułość, wzruszenie. W ciemnościach, podziemiach wędruję dalej … Wiem, że teraz jestem już sama, obok nie istnieje nic. Zdejmuję wszystko, co nie należy do mnie, aby poczuć rytm serca…


Kreacja zapisuje czas, fazy rozwoju i przemian.
To najwyższa forma czystości, to intymność.
To nawiązanie więzi z pierwotną naturą.
